Kameleon Żołnierze z różnych formacji specjalnych, jak na przykład amerykańskich „Zielonych beretów” zaczęli kiedyś malować sobie twarze na wzór indiańskich wojowników. Cel był trochę inny. Groźny wygląd nie był najważniejszy, ale to aby się dokładniej wtopić w otoczenie razem z maskującym batlle-dressem. Ten makijaż zmienia się i przybiera barwy otoczenia - dżungli, lub pustyni. Zbigniew Pelon pomalował sobie twarz w różnobarwne cętki nie po to aby wejść na jakąś ścieżkę wojenną lecz po to aby wtopić się w malarstwo, jakby zniknąć, stać się częścią malarskiego pejzażu, cząstka malarstwa, które od kilku lat nasyca czystymi barwami. Wreszcie i po to także aby z samej twarzy uczynić pejzaż - dżunglę lub pustynię. Ludzka twarz nie jest obojętnym motywem malarskim, lecz jest emocjonalnie nasycona i znacząco obecna jako ekwiwalent osoby, tak też pojmujemy świadomie jej wizerunek. Gdy twarz staje się maską zmienia się niejako osoba. Bo oto Pelon wraca lub wraca jego twarz, ale wraca z tej dżungli malarstwa poprzez fotograficzne zdjęcie maski ktoś inny. To jest aktor dramatu ze starogreckiej „akene” w masce w owym „proposon” co dosłownie znaczy „przed twarzą”, a to znaczy: osoba. Ta inność osoby jaka się nam przedstawia jest czymś tak bardzo odrębnym od Zbigniewa Pelona, którego znamy, że nie mamy wątpliwości iż rozgrywający się w minutach i sekundach trwania spektakl jego teatru na monitorze komputera jest dramatem realnym. Animacja obrazów i ich przetwarzanie - zmiany gamy barwnej są niewątpliwie grą, ale nie o samą grę chodzi. Bohater ukonstytuowany i ożywiony przez artystę jest przybyszem ze świata malarskiej materii i jego dramaty są dramatami formy. Są być może naznaczone specjalnym cierpieniem koloru („mały zbig”), albo drogą, męczącą drogą, którą ten wojownik przebywa od swojej twarzy - maski, owego „prosopon” - wykreowanie osoby od jakiejś „prosopon-prim” - identycznej ale nie tej samej postaci z animowanego malowidła („zbig”). Andrzej Pawłowski nazwałby zapewne te komputerowe animacje „kineformami” w nawiązaniu do jego „lanterna magica” z 1956 roku, która emitowała serie ulotnych barwnych obrazów na ekran, aż latały na nim ujęte w postaci filmowego obrazu. Kineformy byłyby tutaj najlepszym określeniem gatunku. Umiejętność operowania materiałem graficzno-komputerowo-malarskim nie jest ostatecznym celem tej „filmowej Produkcji”. Jej cele przekraczają to co daje technika. Ostatecznie technika podąża tutaj posłusznie za przecięciem jakie tylko rysuje precyzyjnym konturem. Oto bowiem wtopione w masę zdarzeń /owych mikrozdarzeń cętkowanej maski/ indywiduum nie wie czy i na ile zdoła się wydobyć z dżungli form i wyodrębnić swoje istnienie /”straszenie”/. Straszne są rozmyte twarze i straszne są energie roztapiające je w nieokreślonych przestrzeniach tak samo jak silna jest wola wydobycia spośród tych plam i rozbłysków zindywidualizowanego kształtu. Pelon określa dramatyczne napięcia i specyficznie filmowy przebieg akcji środkami dalekimi od efektów specjalnych dostępnych w superstudiach multimedialnych Nowego Jorku lub Kolonii, lecz ta jego trafnie wybrana droga do przemalowania własnej twarzy, przez zdjęcia fotograficznej maski do dramatu głębi wirtualnych przestrzeni przekonuje niebanalnymi przeżyciami. Twarz - maska - prospon - osoba - teatr - film i na powrót - malarstwo. Artysta wyjmuje srebrny krążek z szufladki komputera. Wkłada ten cyfrowy zapis do teczki i wychodzi ze studia. Bałbym się jednak podążać śladem tego artysty. Gonią go dusze wielkich poprzedników wydzierających czasowi i wydobywających z nieokreślonych i nieoznaczonych przestrzeni to co indywidualne i ponad-czasowe. Patrzę na ten przypadkowy zbieg wielu okoliczności pewien, że nie ma w tym żadnego przypadku. Ktoś musiał w końcu odkryć etyczny i mityczny rys-szczelinę w bloku wirtualnych przestrzeni. Zbigniew Makarewicz Marzec 2002
malarstwo
fotografia
animacje
grafika
projekt strony
Zbigniew Pelon
realizacja i utrzymanie
sowa business services